BLOG 28 (2016-08-10)

Wybiegam do przodu w czasie, bo druga połowa miesiąca zapowiada się bardzo gęsto i nie znajdę wolnej chwili na pisanie, będę miał próby teatralne u siebie w domu pod Warszawą, w końcu miesiąca zjazd rodzinny ze smutnej okazji pogrzebu mego szwagra, Franka, jednego z siedmiu braci mojej żony. Zmarł nagle we Francji, gdzie mieszkał od wielu lat.

Przed kilku dniami odbyłem kolejną klasę mistrzowską we Włoszech na wędrownym festiwalu CinemadaMare w sycylijskim miasteczku Erice na samym końcu Europy. Było blisko stu uczestników z całego świata, od Korei do Alaski. Festiwal przenosi się co parę dni w inne miejsce, uczestnicy – studenci szkół filmowych, wyświetlają swoje prace na rynkach małych miasteczek. Festiwal wozi doskonałą, przenośną aparaturę, zapewnia tłumaczenie, a przypadkowa publiczność zadaje często bardzo zasadnicze pytania, których w swoich szkołach filmowych uczestnicy raczej nie usłyszą.

Za dnia uczestnicy kręcą z pomocą miejscowych entuzjastów kina różne etiudy, a co kilka dni przyjeżdża ktoś ze starszych filmowców z klasą mistrzowską, bywali Wim Wenders, Margarethe von Trotta, Istvan Szabo i cała reszta wielkich Włochów.

Z Sycylii trafiłem do renesansowego Kazimierza, gdzie Pani Torbicka już po raz dziesiąty prowadzi Festiwal „Dwa Brzegi”. W tym roku pobito rekord frekwencji, czemu trudno się dziwić, bo w programie znalazły się przedpremierowo filmy, o których głośno w tym roku na świecie, zwycięzcy z Cannes, Wenecji, Locarno i Berlina. Przy okazji jubileuszu festiwalu rozpoczęliśmy, z rocznym wyprzedzeniem, obchody pięćdziesięciolecia Studia TOR. To jasna strona zdarzeń. W tle jakaś zadziwiająca małostkowość. Odkąd Dyrektorka festiwalu odeszła z TVP państwowi sponsorzy wycofali swe poparcie. Jako obywatela napawa mnie  to wstydem. Żyję w gorszym kraju niż myślałem. A okazji do takich wniosków jest wciąż wiele. Widzę okładkę poczytnego tygodnika, pod zdjęciami Agnieszki Holland i Olgi Tokarczuk podpis głosi, że „im Polska źle pachnie”. Insynuacja na poziomie tabloidu. Trudno w takim języku spierać się o kulturę.

Film „Pokot” według powieści Olgi Tokarczuk, w reżyserii Agnieszki Holland miał swoją kolaudację we Wrocławiu, w regionalnym funduszu, który wsparł produkcję, której akcja toczy się w Dolinie Kłodzkiej (chwała im za finansową pomoc!). Dwóch ekspertów funduszu wyraziło opinię negatywną formułując zdanie, że film im się nie podoba. I dalej żadnych argumentów. Nie, bo nie. Rozumiem, że tak można recenzować zupę (nie smakuje mi i tyle), ale po co zatrudniać ekspertów, którzy nie potrafią w żaden sposób uzasadnić swojego zdania? Szczegółowa krytyka dotyczyła zdjęć, że wprawdzie piękne, ale to nie sztuka takie zrobić, bo na Dolnym Śląsku są piękne krajobrazy. Mamy przecieki z jednego z najważniejszych europejskich festiwali, że „Pokot” jest ich zdaniem filmem wielkim. Mam nadzieję, że to zdanie przeważy, a recenzenci nie będą mylić estetyki z polityką.

A propos, zdarzyło się to ostatnio wybitnemu dziennikarzowi ekonomicznemu, który krytycznie pisząc o wicepremierze, wytknął zarządzanemu przez niego jednemu z banków, że wsparł produkcję „nieudanej” „Bitwy warszawskiej” Jerzego Hoffmana. Dziennikarz ekonomiczny powtarza sąd stronniczy, zbudowany na przesłankach ideologicznych („Bitwa warszawska” doczekała się nagonki ideologiczno-towarzyskiej) i podaje go jako oczywistość, do której ten sąd nie ma prawa. Przy okazji „Obcego ciała” doczekałem się całej masy podobnych sądów, choć staram się o nich zapomnieć wiedząc, że nie tylko za granicą, ale i w Polsce duża grupa poważnych krytyków i sporo publiczności dostrzega, że powiedziałem coś na temat aktualny i ważny, czego nie chcieli dostrzec recenzenci tabloidów (żal, że wśród nich znalazła się także recenzentka „Kina”, która użyła kuriozalnego argumentu, że to ona i jej redakcyjne środowisko rozumie rzeczywistość, a ja nie). Niepotrzebnie może wracam do tych przepychanek, bo myślami jestem już w nowym projekcie „Eteru”, który właśnie składam do PISFu na sierpniową sesję, dopinając umowy intencyjne z koproducentami.

A w najbliższym czasie przyjmuję aktorów litewskich z Poniewieża i zaczynamy domowe próby mojej sztuki „Hybris”. Napisałem ją trzy lata temu za namową Teatru Dramatycznego imienia Towstonogowa w Petersburgu, niestety gruziński Dyrektor teatru powiedział mi, że obecna konstelacja polityczna wyklucza możliwość wystawienia sztuki, która (podobnie jak „Ida” Pawlikowskiego) mówi o nierozliczeniu stalinowskich przestępstw. Sztuka wprawdzie dzieje się w Polsce, gdzie wiele takich przestępstw próbowano rozliczyć, ale sama tematyka jest, jak to się teraz mówi w Rosji „nie na czasie”. Na Litwie takich ograniczeń nie ma, teatr w Poniewieżu ma za sobą lata świetności, więc mam przed sobą wyzwanie.

Czas, w którym pisze obejmuje Światowe Dni Młodzieży. Śledziłem je z Włoch, na odległość. Zostanie mi w pamięci ujmująca zwykłość tego papieża (w czym paradoksalnie jest niezwykły). Zapamiętam słowa o pragnieniu sławy jako świadectwa nędzy ludzkiej i uroczą przestrogę dla młodzieży na temat siedzenia na kanapie. Oglądając te tłumy młodzieży wokół papieża pomyślałem o tej pani z „Kina”, która uważa, że wie, jaka jest dzisiejsza rzeczywistość. Ja znam zaledwie cząstkę tej rzeczywistości, ale widocznie to jest inna cząstka. Na ile dzisiejsze, europejskie kino oddaje tę różnorodność? Śledząc festiwale podejrzewam, że przebija się obraz tak wybiórczy, że zapatrzeni w ekran recenzenci ulegają swoistej hipnozie. Ulegają jej także niektórzy nasi młodsi koledzy. Myślę o tym mając przed oczami sesje „pitchchingowe”, które przeżyłem w tym roku we Wrocławiu (konkurs na średni metraż w rocznicę śmierci Kieślowskiego), jak i dwie sesje we Włoszech. Na obu wygłaszałem słowo wstępne i przestrzegłem kandydatów, by nie szli utartym szlakiem, nie powtarzali tego co już było, nie byli konformistami, którzy udają niezależnych. Dwa razy dla żartu wymieniłem, co w tym roku idzie na festiwalach, a co już wychodzi z mody. Niemodne jest AIDS, tak jak już się nie mówi o zagrożeniach dziury ozonowej, modny natomiast jest rak, idą także katastrofy samochodowe, ujawnianie preferencji seksualnych (comming out) męskich jest już nieco przebrzmiałe, natomiast odkrycie preferencji lesbijskich jest „in”. Ciągle „in” jest obecność imigrantów, którzy nie chcą się integrować (ale nigdzie nie widzę opowieści o tych, którzy chcą i są mimo tego odrzucani), a poza tym ciągle w modzie są niedobrzy rodzice i ich zagubione dzieci. Sięgam pamięcią po francuski film „Po nas choćby potop” z Mariną Vlady chyba sześćdziesiąt lat temu. To samo. Bez żadnych wniosków.

Dwa razy pozwoliłem sobie wymienić żartobliwie katalog tego, co idzie, a co nie idzie, po czym ponad połowa propozycji precyzyjnie spełniła moje prześmiewcze oczekiwania. Na sali było z tego powodu wiele śmiechu, a mnie było trochę przykro, bo poczułem raz jeszcze, że konformiści w każdym pokoleniu mają ilościową przewagę.

Na klasach mistrzowskich stawiałem zadanie, by opisać jakiś odrażający postępek i przeciwnie, jakiś czyn ludzki godny pochwały czy uznania. Na pierwsze zadania spływało wiele pomysłów, na drugi bardzo niewiele i to najczęściej bardzo naciąganych i nieszczerych. Z przykrością odnotowałem, że ja sam też łatwiej notuję w pamięci czyny podłe, a te szlachetne odruchowo podważam, bojąc się paść ofiarą własnej naiwności. W sztuce zło jest zawsze atrakcyjniejsze niźli dobro, ale sztuka, w której dobro nie jest przedmiotem nadziei, to sztuka, która dąży do samounicestwienia. Przymierzam do tej tezy autorów, których dzieła porażają mrokiem: Dostojewski, Conrad czy Camus. U wszystkich poza mrokiem pojawia się tęsknota za rajem utraconym. Bez niej sztuka staje się trucizną.

W Torze pracujemy z Jakubem Stożkiem nad jego projektem fabularnym. Mam też powieść Masternaka i zainteresowanego niemieckiego reżysera. Prace w toku. Dostajemy wiele propozycji, które czytam z mozołem, choć widzę, że trafiły na nas przypadkiem, bo autorzy nie zadali sobie trudu, aby przyjrzeć się profilowi naszych produkcji. Jest kilku reżyserów dla których staram znaleźć się stosowny materiał literacki (w pierwszej kolejności Wojciech Staroń). Patrzę na nazwiska kinowych debiutantów i cieszy mnie, że tak wielu było moimi studentami w Katowicach. Bycie moim studentem nie oznacza, że ktoś będzie uważał mnie za mistrza. Kiedy na moje wykłady chodził młodziutki Lars von Trier, to później w wielu wywiadach wspominał, że działałem mu na nerwy. Szczerze mówiąc mogę dzisiaj przyznać: On mnie też. W lipcu odwiedziłem w Zakopanem młodzieżowy obóz „Życie z Pasją” i przy okazji zostałem zaproszony na spotkanie w Związku Podhalan, gdzie podpisywałem „Strategie życia” i rozmawiałem z publicznością. Dyskusja nadzwyczaj treściwa wokół rozróżnienia kultury wysokiej i niskiej. Czy sztuka ludowa z natury jest niska? Myślę, że nie z natury. Jest niska, kiedy staje się seryjnie produkowana cepeliowskim kiczem, natomiast najprostsze rzemiosło może się wznieść na wyżyny wyrafinowania. W czasach postmodernizmu, kiedy zakwestionowano wszelkie kryteria oceny, to rozróżnienie robi się trudne (ale skąd przekonanie, że rozróżnienie mają być łatwe i pewne?). Sztuka niesie ze sobą element niepewności. Jeden z uczestników debaty zarzucił sztuce wysokiej działanie destrukcyjne. Gdyby zacytował dokonania niedawnych Noblistów Dario Fo czy Jelinek, musiałbym przyznać mu rację, z tym że Nobel nie jest dziś gwarancją wysokich lotów sztuki, tak jak wykonanie w Filharmonii nie stanowi znaku jakości w muzyce. Naciągając trochę definicję powiem, że nic z tego co sam zaliczę do sztuki wysokiej, nie może być czystą dekadencją, natomiast sztuka najwyższego lotu wyraża czasem rozpacz czy zwątpienie. To bardzo budujące, że dziś w klubie Podhalan można dyskutować na takie tematy, tym bardziej, że uczestnicy - w dużej części inteligenci pełną gębą, noszą góralskie ubiory i są dumni ze swej tożsamości (ileż jest w tym dumy wolnych ludzi, którzy nie zaznali pańszczyzny?).

Pomyślałem o Zakopanym czytając o lubelskim przeglądzie filmów najgorszych czyli kiczu, które ktoś chce nazywać kultowym. Na początku tej imprezy Andrzej Wajda powiedział uczestnikom „źle się bawicie” i miał rację. Myślę, że nie ma dobrego usprawiedliwienia dla zabawy kiczem, brzydotą, szkaradzieństwem. Podejrzewam, że Ci, których to bawi, w głębi duszy nienawidzą sztuki, gdyby było inaczej odczuwaliby przykrość na widok dzieł nieudanych. Nie mogę sobie wyobrazić kulinarnych smakoszy w konkursie na najbardziej niesmaczną potrawę. Znam natomiast, nielicznych na szczęście, krytyków, którzy głęboko nienawidzą filmu i dla których „im gorzej, tym lepiej”. Nie spotkałem widzów z Lublina, ale jestem pewien, że oglądając szmirę ponoszą straty estetyczne, a więc tracą to, co trzeba w sobie chronić – to jest wrażliwość. I dlatego ma rację Wajda – to nie jest dobra zabawa.

 




Lista wpisów:


2017-05-29
2017-04-18
2017-03-09
2017-01-20
2016-12-30
2016-11-14
2016-10-17
2016-09-22
2016-07-13
2016-06-02
2016-03-30
2016-03-02
2015-11-27
2015-08-10
2015-06-08
2014-12-30
2014-10-09
2014-07-09
2014-04-25
2014-03-17
2014-01-14
2013-12-24
2013-10-09
2013-08-19
2013-08-01
2013-07-17
2013-07-01
2013-06-10
2013-06-04
2013-05-30
2013-05-17
2013-05-13
2013-05-06
2013-04-29
2013-04-22
Martin Scorsese - MASTERPIECES OF POLISH CINEMA BIP Kultura na Widoku