BLOG 35 (2017-04-18)

Z nowości TOR-u – niewiele. „Pokot” przekroczył ćwierć miliona widzów, co dla producenta oznacza początek zwrotu naszych wkładów – wcześniej swój wkład odzyskuje dystrybutor. W kolejce po „Pokot” ustawiło się wiele festiwali. Miałem przyjemność prezentować go wraz z autorką w Sofii i bez autorki w Wilnie. Oba te festiwale mają tendencję rosnącą – Wilno powtarza pokazy w paru miastach i tworzy rodzaj dystrybucji równoległej dla filmów, których inaczej widz litewski nie mógłby zobaczyć. Przy okazji pobytu w Wilnie obejrzałem film o mnie w publicznej telewizji, nakręcony jesienią z okazji prób do mojej sztuki „Hybris”, które prowadziłem w Warszawie. Zawsze kłopocze mnie oglądanie siebie samego na ekranie – to oczywiście próżność każe oczekiwać czegoś więcej niż jest pokazane. Mój litewski portret jest bardzo rzetelny, zrobiony starannie i fachowo, skupiony na sprawach ducha więc mogę być tylko wdzięczny jego autorce i stacji, która go zamówiła. Pobyt w Wilnie pozwolił mi na spotkania z publicznością z okazji pokazów „Iluminacji” przypomnianej w ramach sekcji filmów hybrydalnych, czyli ni to eseju – ni to fabuły – ni dokumentu. Poza pokazami Festiwal zobowiązał mnie do wygłoszenia pogadanki dla kolegów z branży. Rozpędzony moją własną szarżą przypuszczoną w Teksasie (o tym zaraz), próbowałem wieszczyć koniec świata, w którym dominuje determinizm na rzecz świata, w którym odkrywamy tajemnice. Starałem się przełożyć filozofię na sztukę narracji – niewątpliwie byłem oryginalny, ale czy kogoś przekonałem – nie wiem. W Wilnie zapisała mi się jeszcze w pamięci wizyta w hospicjum na Rossie – to pierwsze hospicjum na Litwie, przeniesione przez dzielną polską Siostrę Michaelę z doświadczeniem zdobytym w ojczyźnie. Hospicjum oczywiście jest otwarte dla wszystkich potrzebujących, bez względu na narodowość i wiarę (czy brak wiary). Drugie wileńskie wspomnienie to wizyta w nowo zbudowanym Zamku Książęcym. Byłem w nim w trakcie budowy wraz z profesorem Kłoczowskim i obaj byliśmy zgodni, że to był dobry pomysł odtworzyć scenograficznie budowlę, której resztki Car Mikołaj Pierwszy kazał rozebrać. Przeciwnicy, historycy sztuki, przede wszystkim z krajów zachodnich narzekali, że bez jakiejś solidnej dokumentacji odbudowany zamek będzie atrapą w rodzaju Disneylandu, czy hollywoodzkiej dekoracji. Tymczasem nasze polskie doświadczenie z odbudową Starówki Warszawskiej czy Gdańskiej wskazuje, że autentyzm jest kwestią umowną (w końcu Wawel też jest rekonstrukcją), a dla tożsamości Litwinów renesansowy zamek jest dowodem ich przynależności do zachodu. Wychodząc z podobnych przesłanek wypowiadałem się w Niemczech za odbudową Zamku Hohenzollernów na Unten den Linden. Choć dynastia ta dla nas Polaków nie kojarzy się przyjaźnie. A w Warszawie mam wciąż wielki żal do władz miasta, że wstrzymały już zaczętą odbudowę Pałaców Brühla i Saskiego wraz z kolumnadą, która zamykała perspektywę widoczną z Krakowskiego Przedmieścia.

Cofam się teraz w czasie bo ten sezon tak obfituje w podróże, że w pamięci myli się kolejność. W połowie marca byłem w Argentynie, w Buenos Aires i Pinia del Mar. Ponad trzysta kilometrów na południe, gdzie doroczny Festiwal Filmów Europejskich wyróżnił mnie nagrodą za całokształt i wyświetlił „Obce ciało” dając mi szansę dyskusji. Mój hiszpański nie jest moją mocną stroną, ale dyskusja mimo to była żywa, najdalsza od tego, co przejęło część naszej polskiej krytyki, której nie nazwę krytyką gorszego sortu, by nie odwzajemniać językiem pogardy tego, co mnie w kraju spotkało. W Argentynie byłem wiele razy. Tu, w nieodległej Mar Del Plata nagrodzono moją „Strukturę kryształu” (to czterdzieści siedem lat temu) i znaleźli się teraz widzowie, którzy byli na tamtym pokazie. Najmocniej wzruszyło mnie spotkanie z parą starych argentyńskich Niemców, którzy dziękowali mi za moje „Drogi pośród nocy” – film dla nich bolesny, ale mimo to sprawiedliwy.

Z zestawem filmów „Martin Scorsese Presents: Masterpieces of Polish Cinema” byłem w Madrycie i Kordobie. Znów zdziwienie, że kto chce, ma dostęp do wszystkiego. Publiczność w Andaluzyjskiej Cinematece cytuje mi moje wywiady, o których zwykłem myśleć, że są zupełnie zapomniane. Spotykam krytyków, którzy piszą o mnie prace (to samo zdarzyło się w Teksasie) i myślę, że nie mogłem w życiu zawodowym oczekiwać niczego więcej, bo po prostu już nic więcej nie ma. Może być oczywiście wielokroć większy rozgłos i wiele większa sława, ale tak naprawdę liczy się wspólnota ducha, a ta nie bywa powszechna.

W Kordobie turystycznym obowiązkiem jest zwiedzanie katedry meczetu, do którego pretensje wnoszą na nowo Muzułmanie. Arabowie podbili chrześcijańskie królestwo Ostrogotów i narzucili Islam, co przyszło im dosyć łatwo bo zderzyli się z sektą Arian o niewyszukanej teologii. Wreszcie zadziałały podatki – chrześcijan odwodzono od wiary, każąc im płacić daninę. Myślę o tym wybiegając naprzód do Europy, która dzisiaj za pieniądze robi wrażenie bezwolnej. Czy okaże się nią rzeczywiście? Czy w Europie ktoś będzie gotów umierać za ideały tak, jak jeszcze dwa pokolenia temu ludzie umierali za wolność i godne życie?

Kordoba to miasto wielkiego żydowskiego myśliciela Majmonidesa. W Teksasie, dokąd się udałem na tygodniowy pobyt na Uniwersytecie w Dallas, trafiłem pod skrzydła Dziekana, filozofa, specjalisty od tej postaci. Gościna na amerykańskim uniwersytecie zwykle zapowiada się jak wakacje a potem okazuje się ciężką pracą w kieracie. Bo każdy posiłek traktowany jest jako spotkanie, studenci zgłaszają pytania do gościa, dziekan wybiera najlepsze i ja muszę na te pytania odpowiadać jedząc zimną jajecznicę (to samo z pozostałymi posiłkami). Moim głównym zadaniem w Dallas był odczyt na dowolny temat ilustrowany kawałkami filmów, co wynika ze specyfiki mojego zawodu filmowca. Zapowiedziałem rozważania o znakach czasu, czyli o przyszłości, która już się toczy. Kiedy zorientowałem się, kto przede mną prowadził podobne wykłady, nogi się pode mną ugięły, bo był tam generał Collin Powell, Michaił Gorbaczow, Fukuyama, McLuhan, Ricard i podobne wielkości, przy których muszę czuć się sztubakiem. Na szczęście film jest alibi. Jeśli pomylę się w sądach, to podeprę się obrazkami. Mając przed sobą na sali luminarzy ośmieliłem się mówić o mrokach oświecenia, o końcu Newtona i determinizmu i o tym, co do wczoraj było postępowe, dziś jest wsteczne; o tym, że rozum przyznaje dziś miejsce tajemnicy, że rachunek prawdopodobieństwa jest szczeliną, którą sączy się w świat niewiadome; że świat jest racjonalny, ale nic nie jest w nim przesądzone, jak długo pozostajemy w trzech wymiarach i czasie. Nie wiem, czy obroniłbym te moje tezy na seminarium u Profesora Ingardena ale podpierałem się projekcją mojej „Hipotezy” i zuchwalstwo uszło mi bezkarnie. A tymczasem na mój odczyt przyleciało parę osób z innych Stanów i znów okazało się, że znają moje filmy i moje poglądy.

Słyszę, że blogi mają być krótkie, a ja mam jeszcze dwa różne zdarzenia do zrelacjonowania. Jedno to master class dla przyszłych liderów w Szczawnicy. Fundacja, która kiedyś tworzyła Karuzelę Cooltury, dla kilkuset młodych ludzi zorganizowała szansę spotkania z Anną Dymną, Szymonem Hołownią, Jerzym Trelą, Siostrą Chmielewską, Biskupami Nyczem i Pieronkiem. Wszystko to poparte przez ludzi biznesu i osnute wokół rozważań Papieża Franciszka o przywództwie. Wydaje mi się, że padło wiele mądrych słów, jakże dalekich w tonie od naszych dyskusji prasowych.

Drugie doświadczenie, bardzo trudne, to mój udział w komisji ekspertów w PISF-ie. Tłomaczę mój udział podobnie jak nasz były prezydent, słowami: nie chcę, ale muszę. Najciekawszym problemem był projekt Pana Wojciecha Smarzowskiego, jasno wymierzony w niemoralne postępowanie instytucji kościoła w sprawie pedofilii i innych objawów zakłamania. Projekt jest dla mnie, wierzącego, przykry ale prawdziwy, choć jest to prawda cząstkowa, przedstawiona bardzo tendencyjnie, ale takie są prawa dramaturgii, takie jest prawo autora, a mnie nie wolno powodować się tutaj moimi przekonaniami. Mogę co najwyżej zrobić projekt o odmiennej wymowie. Komisja tak zwanych ekspertów (a naprawdę kolegów, a więc współzawodników, czy wręcz konkurentów) nie ocenia scenariuszy, które są półproduktami, tylko wydaje zgodę na realizację projektu. Niedawno podobne grono, w pierwszym podejściu, odmówiło mi tej zgody („Obce ciało”) więc tym bardziej nie mogę postąpić podobnie, a świeżo obejrzany „Wołyń” utwierdza mnie w przekonaniu, że Pan Smarzowski jest artystą uczciwym więc na pewno nie będzie demagogiem.

 




Lista wpisów:


2017-03-09
2017-01-20
2016-12-30
2016-11-14
2016-10-17
2016-09-22
2016-08-10
2016-07-13
2016-06-02
2016-03-30
2016-03-02
2015-11-27
2015-08-10
2015-06-08
2014-12-30
2014-10-09
2014-07-09
2014-04-25
2014-03-17
2014-01-14
2013-12-24
2013-10-09
2013-08-19
2013-08-01
2013-07-17
2013-07-01
2013-06-10
2013-06-04
2013-05-30
2013-05-17
2013-05-13
2013-05-06
2013-04-29
2013-04-22
Martin Scorsese - MASTERPIECES OF POLISH CINEMA BIP Kultura na Widoku