BLOG 40 (2018-01-08)

Rok skończył się dla mnie niespodziewaną stratą czasu, bo musiałem kilka ostatnich dni przeleżeć w gorączce spowodowanej zarazą, jaką przywlokłem z Triestu. Źródło zostało zidentyfikowane w postaci mego włoskiego koproducenta, który żegnał się ze mną w gorączce, a nie obeszło się bez uścisków, tak więc po trosze jestem sam sobie winien.

Od listopada przeżyłem masę objektów zdjęciowych. Przede wszystkim wyprawa na Węgry – zdjęcia w Budapeszcie, Ostrzyhomiu i jeszcze jednej miejscowości, której nazwa była trudniejsza w wymowie niż Szczebrzeszyn. Węgierscy koproducenci zapewnili nam bardzo profesjonalną ekipę, sprawdzili się węgierscy aktorzy w drobnych rolach, a nasz największy objekt zdjęciowy, lupanar, może aż nadmiernie cieszył oczy.

Kręciliśmy także w Dolinie Kłodzko i równie pięknej Srebrnej Górze. Pogoda wstrętna, ziąb, sceny na stokach śliskich i stromych, sporo aktorów i statystów, którym winien wdzięczność, za to, że wytrzymali to wszystko bez skargi, a nawet z poczuciem humoru. Film mówi o mocach piekielnych, więc nic dziwnego, że to one utrudniały nam pracę. Po Śląsku przyszło Podkarpacie, które udzieliło nam wsparcia poprzez swój nowostworzony fundusz filmowy. Kręciliśmy między innymi w Jarosławiu, Sieniawie i Zarzeczu o którym wspomnę bardziej szczegółowo, ponieważ nasz objekt zdjęciowy, Pałac Dzieduszyckich, jest budującym, jak w szkolnej czytance, przykładem zgody klasowej. Odzyskany niedawno przez dawnych właścicieli pałac wrócił do gminy w postaci darowizny z przeznaczeniem na centrum kultury i taką rolę dziś pełni. Dyskretna wystawa historii rodziny zrobiła wielkie wrażenie na moich ukraińskich aktorach, bo przedstawia między innymi zasługi rodu Szeptyckich, arystokratów najpierw spolonizowanych, później na przełomie wieków odkrywających swoją korzenną rusińskość.

W Sieniawie znowu figiel pogody w przeddzień zdjęć, przed pałacem nagła odwilż, znikł śnieg, trzeba było uciec się do scenografji, a to natychmiast ciąży na budżecie. W filmowym balu wreszcie zabrzmiała muzyka, użyczył mi jej włoski kompozytor, Sandro Ruscio, mieszkający od niedawna w Polsce. Od ponad roku jego demo leżało na moim biurku i okazało się, że zawiera walca w sam raz dla mojego balu. Inne odkrycie to muzyka mego studenta z Katowic, który zagrał mi kiedyś swoją humoreskę napisaną w szkole muzycznej i teraz w filmie gra ją na oficerskiej popijawie Andrzej Chyra (też czynny muzycznie jako reżyser operowy). Z muzyki pisanej do filmu na razie rezygnuję, nie umiem myśleć o nikim, kto miałby zastąpić Wojciecha.

Zdjęcia do „Eteru” ciągnęły się od sierpnia, oczywiście z przerwami, w trakcie których odwiedziłem Syberie i Chicago i wiele krajów Europy. Współdziałałem z ekipą ukraińską, węgierską i włoską (za każdym razem inna specyfika narodowa). Wreszcie przez cały film towarzyszyli mi studenci. Zawdzięczam im wiele myśli, które rodziły się, kiedy próbowałem tłumaczyć i co, i dlaczego robię i często dopiero wtedy okazywało się, że jestem w błędzie. Bardzo łatwo jest objaśniać co się robi, dużo trudniej mieć samemu przekonanie, że to co robię jest słuszne. Przypomina mi to anegdotę o fizykach, z których jeden pochylony nad równaniami opisującymi fale grawitacyjne wzdycha: „jakże ja bym chciał to wszystko rozumieć”, na co kolega odpowiada: „jak chcesz, ja ci to zaraz wytłumaczę”. Pierwszy wzrusza ramionami: „wytłumaczyć to ja potrafię, ale chodzi o to, żeby samemu zrozumieć”.

Przeżyłem jak co roku poświąteczne kolędy w naszym domu. Gościliśmy około stu osób, z powodu zaraz mogłem mówić szeptem, ale pomagał mi mikrofon. Powtórzyłem anegdotę o fizykach. Obecny fizyk-teoretyk Meissner się roześmiał i dlatego powtarzam ją dalej, bo stosuje się także do sztuki.

Ostatnie kilka dni zdjęciowych mieliśmy w Trieście i Gorycji w Wenecji Julijskiej (czy jak chcą niektórzy „Juliańskiej”), która siłami swojej Film Comission wsparła Paolo Spinę, mego włoskiego producenta (tego z grypą). Musieliśmy pilnować, żeby wszystkie wydatki wpływały do ludzi, którzy płacą podatki w tym rejonie (taki jest wymóg funduszy pomocowych), sprowadziliśmy aktorów z Rzymu sprawdzając adresy ich rezydencji podatkowej. Im świat bardziej rozwinięty, tym większy gąszcz uregulowań prawnych. A co do aktorów, to wystąpił w jednej ze scen kręconych w Polsce mój dawny znajomy Remo Girone (pamiętany jako komisarz w „Ośmiornicy”). Taki występ, zwany przez Amerykanów „cameo”, to pojawienie się gwiazdy w epizodzie. Tu, w kościele garnizonowym, Remo odprawia egzorcyzmy nad żołnierzem, który uczestniczył w rozstrzelaniu i doznaje pomieszania zmysłów. Egzorcystę wyręcza mój główny bohater, Doktor, który z pomocą eteru usypia buntownika. Eter w starciu z modlitwą – konflikt scjentyzmu i wiary w siły nadprzyrodzone. O tym chcę mówić w tym filmie i czuję zawczasu ile będzie nieporozumień – na łamach „Rzeczpospolitej” śledzę polemikę na ten temat byłego fizyka, dominikanina Maciej Zięby, z komentatorem ekonomicznym redaktorem Gadomskim, który w moim odczuciu, broniąc scjentyzmu (nie racjonalizmu) pozostaje myślowo w czasach przed Eisteinem. Nowoczesność mówi o świecie rozumowym, ale dopuszcza, a nawet postuluje istnienie Tajemnicy, która jest czymś innym niż dotychczasowy brak wiedzy, raczej czymś, co wyraził Shakeseare, pisząc o tym, co nie śniło się jeszcze naszym filozofom.

Czas wspomnieć o czymś poza „Eterem”, od którego dostaję już bólu głowy. Byłem na kilka dni w Berlinie, na gali nagród Europejskiej Nagrody Filmowej. Kończę moją drugą kadencję w sekretariacie , należę do grona założycieli Akademji, kiedyś powołał nas Ingmar Bergman w liczbie czterdziestu (z czego połowa już nie żyje). Dziś członków jest ponad trzy tysiące i czasami głos tego grona coś waży (choćby w obronie Olga Sencowa więzionego w Rosji na podstawie procesu, który nie przekonał opinii publicznej). Nagrodę życia otrzymał w tym roku Aleksander Sakurow, zasłużony nie tylko w sztuce, ale i w działalności publicznej. To on ośmielił się przerywać prezydentowi Putinowi na konferencji prasowej, w której ten bronił wiarygodności rosyjskiej Temidy.

Muszę odnotować jeszcze przed końcem roku, że odbyłem już pierwsze spotkanie w nowym gmachu wydziału Radia i Telewizji mego ojczystego Uniwersytetu Śląskiego. Gmach wydaje mi się zaprojektowany z gustem, bez efektów na pokaz, wpisany w zabudowę Katowic, boję się tylko, że im przyjemniej będzie się studiowało, tym przykrzej będzie kończyć studja. Rzeczywistość kinematografji jest dla młodych bardzo zwodnicza i dlatego wierzę, że istnienie kilku studiów państwowych, jak TOR, jest pożyteczne dla wszystkich, a tymczasem ciągle docierają do mnie głosy postulujące ich zniszczenie.

Mamy nowe kierownictwo Instytutu Sztuki Filmowej. Byłem w komisji, która opiniowała kandydatów i mam poczucie, że konkurs odbył się pośpiesznie, bez prawdziwie merytorycznej dyskusji o tym, do czego Instytut został powołany i dlaczego nosi w nazwie „Sztukę”, a nie jest instytutem gospodarczo-przemysłowym. Mam nadzieję, że przyszłość rozwieje moje wątpliwości. Takie nadzieje budzi Święto Bożych Narodzin otwierające Nowy Rok.

 

Wszystkim tym, co zaglądają do naszego bloga życzę wszelkich łask w życiu osobistym i publicznym.

 

 




Lista wpisów:


2017-11-03
2017-08-18
2017-07-21
2017-05-29
2017-04-18
2017-03-09
2017-01-20
2016-12-30
2016-11-14
2016-10-17
2016-09-22
2016-08-10
2016-07-13
2016-06-02
2016-03-30
2016-03-02
2015-11-27
2015-08-10
2015-06-08
2014-12-30
2014-10-09
2014-07-09
2014-04-25
2014-03-17
2014-01-14
2013-12-24
2013-10-09
2013-08-19
2013-08-01
2013-07-17
2013-07-01
2013-06-10
2013-06-04
2013-05-30
2013-05-17
2013-05-13
2013-05-06
2013-04-29
2013-04-22
Martin Scorsese - MASTERPIECES OF POLISH CINEMA BIP Kultura na Widoku