BLOG 47 (2019-01-29)

Z ciężkim sercem zabieram się do pisania tego bloga. Zamieszczam go na stronie Toru, a tymczasem Minister Kultury, nasz prawny właściciel, zdecydował o tym, że mamy przestać istnieć. Okazuje się, że nasza praca w niesmak właścicielowi. Na sąsiednich stronach macie Państwo naszą odpowiedź na argumenty Ministra. W dalszej polemice powtórzyły się te same argumenty, które mamy prawo kwestjonować – nasz właściciel nie łoży od ponad dwudziestu lat na nasze utrzymanie (nie dostajemy żadnej subwencji podmiotowej takiej, jaką dostają instytucje kultury: teatry czy filharmonie). Na równych prawach z innymi producentami prywatnymi ubiegamy się o subwencje na poszczególne projekty, co Pan Vice Minister wytyka nam jako coś nagannego. Dysponujemy naszym dorobkiem filmowym, który powstał za pieniądze publiczne i zyski wkładamy w nowe produkcje. Robimy to, jak widać, skutecznie, więc czemu nas za to karać. W moim przekonaniu nie padł żaden fachowy argument po co centralizować studia, a co gorsze, w polemice pobrzmiewa retoryka wolnorynkowa, nie przystająca generalnie do obszaru kultury. Co gorsze, wskazująca populistyczne inspiracje, jeśli formacja przy władzy miała w swoim programie jakieś zamierzenia ideowe, to praktyka dowodzi, że albo nie były one szczere, albo zabrakło fachowości ( a przede wszystkim wykonawców), żeby takie działania odniosły jakiś skutek. Boję się, że dobrze prosperująca kinematografia na skutek działań zaniechań bieżącej administracji straci swój impet i, co najgorsze, stanie się jeszcze bardziej jednobiegunowa ( tak, jak całe nasze życie publiczne). A wtedy, po nieuniknionej zmianie władzy (bo nikt nie rządzi wiecznie), życie kulturalne ulegnie wyjałowieniu, za co odpowiedzialność poniosą ci, którzy obiecywali, że będą temu przeciwdziałać.

W cieniu złych wiadomości polska premjera „Eteru” zbladła w naszych wspomnieniach, nie było na niej żadnych przedstawicieli władzy, było za to sporo oddanych widzów i żywię przekonanie, że ten film znajduje swoją publiczność, która może nie będzie liczna, ale za to mocno przekonana. Kiedy w grudniu w moskiewskiej Galerji Tretjakowskiej uczestniczyłem w panelu z Iwanem Wyrypajewem. Słyszałem od niego refleksje o tym, że w Polsce publiczność, która w kulturze szuka wymiaru metafizycznego, omija zarówno teatr, jak i kino, bo nie oczekuje tam niczego, co by ją pociągało. Może stąd niewielki odzew, jaki miało „Milczenie” Scorsese. Z drugiej strony jeden z publicystów napisał o polskich wiernych spod znaku Zagłoby i dla nich liczy się w Kościele warstwa obrzędowa, społeczna, ziemska, a nie metafizyka. Czy to prawda? Spodziewałbym się dzisiaj po sukcesie „Kleru” szerokiej debaty na ten temat, zainicjowanej przez stronę kościelną, ale myślę, że się zawiodę w moich oczekiwaniach.

Z „Eterem” jeżdżę po festiwalach, byłem już w styczniu w Trieście, w lutym mam północną i południową Amerykę (festiwale w Santa Barbara i Punta del Este), Indie (Bangalore) i szereg zaproszeń w Europie. Obchodzę w tym roku moje 80-te urodziny, więc jestem do dyspozycji wszędzie tam, gdzie ktoś chce tę rocznicę odnotować. Swoją drogą na antenie Radiowej Dwójki Pan Wiceminister Kultury z niewielką dozą elegancji zauważył, że mój sprzeciw wobec centralizacji płynie z obawy przed utratą stołka. Otóż taka obawa jest raczej powszechna wśród polityków, a artystę po osiemdziesiątce trzeba raczej namawiać, żeby chciał dalej pracować na etacie.

Na festiwalu w Trieście spotkałem Jurija Jakubisko, dwa lata starszego ode mnie. Od sześciu lat żyje z nowym przeszczepionym sercem, uważając się za prawdziwego Czechosłowaka, bo serce od czeskiego dawcy, a ciało słowackie. Jurij szykuje nowy film, ale twierdzi, że produkować cudze filmy, tak jak ja to robię, to jakaś kara boża.

Przeczytałem w rękopisie dwie książki złożone z rozmów rodzinnych ze mną i moją żoną (autorstwa Barbary Gruszki – Zych) i drugą – wywiad rzekę napisany przez Jacka Moskwę. Robiłem wiele wysiłków, by te wywiady nie zachodziły za siebie (na wypadek, gdyby ktoś przeczytał obie), ale boję się o to, czy wystarczy czytelników dla tych lektur. Na razie na licznych spotkaniach autorskich, np. ostatnio w Kielcach, podpisuję na przemian „Uczyń ze swego życia Arcydzieło” albo „Strategie życia”. Zdumiewa mnie, jak lawinowo ludzie kupują książki na spotkaniach. Nie wiem, czy naprawdę ktoś to potem czyta.

„Eter” doczekał się w Polsce w większości podobnych recencji. Przemilczał go wprawdzie Tygodnik Powszechny, Polityka, ale one zaprosiły mnie do wywiadu. Niezadowolony pan Varga w Dużym Formacie zmiażdżył mnie z pozycji wolnomyśliciela, pogardliwie odezwało się katolickie „Idziemy” (film był dla nich niejasny w wymowie). Pochwalił nas Plus Minus, Gość Niedzielny i Niedziela. Wynik kasowy „Eteru” marny, ale warto poczekać, aż ukaże się DVD i będzie telewizyjna premiera, bo przy trudniejszych filmach zdarza się, że publiczność znajduje się pod tym adresem.

Trwamy w oczekiwaniu na decyzję Telewizji w sprawie miniserialu o siedmiu grzechach głównych, a także mojej propozycji miniserialowej „Piąty wymiar”. Czekamy w Berlinie na rozmowy w sprawie filmu o Kossaku i Cesarzu Wilhelmie, mój scenariusz „Liczby doskonałej” dojrzewa, choć ciągle się waham w jakiej formule go zapisać, bo istnieje możliwość pójścia tropem małobudżetowym, ale jednocześnie są koproducenci gotowi na projekt o trochę większych rozmiarach. Nie wiem, jak te wszystkie inicjatywy przeżyją zapowiedzianą centralizację studiów, ale staramy się myśleć pozytywnie. Polskie kino przeżyło tyle ciosów i zawsze potrafiło się z nich podnieść że liczę, że i tym razem nie skończy się na demolce (bo jak inaczej nazwać inicjatywę, której twórcy nie potrafią jej przekonująco uzasadnić).

Zrekonstruowaliśmy dalszych parę filmów (w tym mój „Bilans kwartalny”, który dzisiaj wojującym feministkom może się wydać pochwałą wartości dla nich przebrzmiałych), są fundusze europejskie przewidziane na rekonstrukcję wielu filmów, ale centralizacja może zagrozić terminom, które są twardo przestrzegane tak, że na horyzoncie jest jeszcze jedna szkoda, która może się naszej kulturze przydarzyć, i za która jacyś urzędnicy mogą odpowiadać osobiście.

Na koniec kronika żałobna; odszedł Wiesław Zdort, z którym w Torze kończyliśmy film Kazimierza Kutza „Śmierć jak kromka chleba”. Byłem z nim razem na stypendium w Japonji w 1970 roku. Zapamiętam go jako człowieka zawsze ciekawego świata. Odszedł też Ryszard Peryt, w moim rankingu jeden z największych reżyserów polskiej sceny (szczególnie operowej). Zdążyłem uczestniczyć w premjerze „Strasznego Dworu” na królewskiej scenie w Łazienkach. Umawialiśmy się wtedy na spotkanie, które pan Ryszard odwołał przez telefon mówiąc mi, że nie sądzi, byśmy na tym świecie zdołali się spotkać. Pozostaje nadzieja na spotkanie w wieczności.

 




Lista wpisów:


2018-12-06
2018-08-16
2018-06-19
2018-05-11
2018-03-22
2018-02-16
2018-01-08
2017-11-03
2017-08-18
2017-07-21
2017-05-29
2017-04-18
2017-03-09
2017-01-20
2016-12-30
2016-11-14
2016-10-17
2016-09-22
2016-08-10
2016-07-13
2016-06-02
2016-03-30
2016-03-02
2015-11-27
2015-08-10
2015-06-08
2014-12-30
2014-10-09
2014-07-09
2014-04-25
2014-03-17
2014-01-14
2013-12-24
2013-10-09
2013-08-19
2013-08-01
2013-07-17
2013-07-01
2013-06-10
2013-06-04
2013-05-30
2013-05-17
2013-05-13
2013-05-06
2013-04-29
2013-04-22
Martin Scorsese - MASTERPIECES OF POLISH CINEMA BIP Kultura na Widoku logo MKiDN